Wakacje ich marzeń

Wyprawa w Alpy? Rejs po Atlantyku? Zwiedzanie Wenecji? A może wypoczynek w domu? Pytamy Polaków ze Śląska, gdzie chcieliby spędzić następne wczasy.

Anna, 31 l.:
Wieś. Polska wieś, nic więcej. Takiej atmosfery, która tam się wytwarza, nie spotka się nigdzie indziej na świecie. Co roku marzę o wakacjach na wsi i zawsze to marzenie spełniam. Może nie jestem wymagająca, ale przynajmniej spełniają się moje marzenia. Ile znacie osób, które mogą powiedzieć to samo?

Kamil, 52 l.:
Ja to cały czas mam wakacje, na rencie jestem. Pojechać to mógłbym do Sopotu albo Kołobrzegu, nie byłem tam chyba ze trzydzieści lat. Za granicę to raczej nie, domator ze mnie, nie lubię się za bardzo oddalać. Poza tym znam tylko rosyjski, we Francji czy USA nie za bardzo by mi to pomogło.

Karolina i Dawid, 23 i 27 l.:
Chcielibyśmy polecieć do Stanów i przejechać samochodem ze wschodu na zachód kraju. Albo odwrotnie, to bez znaczenia. Pamiętacie te wszystkie filmy, w których bohaterowie jadą godzinami długą, pustą drogą przez pustkowie? Tego chcemy doświadczyć. Oczywiście pod warunkiem że znajdziemy w miarę tanie bilety lotnicze, no i jeśli dadzą nam wizę.

Urszula, 8 l.:
Chciałabym pojechać do Francji, bo tatuś mówi, że jak był tam dawno temu, to bardzo mu się podobało.

Maria i Tadeusz, 70 i 73 l.:
My bardzo często jeździmy na wczasy i następny rok już mamy zaplanowany. A co myśleliście, że starzy tylko w domu siedzą? Lecimy do Japonii. Czemu? Bo jeszcze tam nie byliśmy, a trzeba w życiu zobaczyć jak najwięcej. W końcu po to się żyje.

Marek, 36 l.:
Pewnie wybiorę Lazurowe Wybrzeże. Lubię wygody. To już nie ten wiek, żebym szwendał się z plecakiem po górach i grał na gitarze. Poza tym mam rodzinę, małe dzieci, nie można z nimi robić niczego ekstremalnego. Zresztą szaleństwa to już nie dla mnie. W wakacje chcę odpocząć, a nie dodatkowo się zmęczyć. Ciekawe, ile osób by się ze mną zgodziło…

Choć odpowiedzi były tak różne, wszyscy zgodzili się ze stwierdzeniem, że „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Zostań pogromcą fal

„Surfowanie to dla mnie jedyne życie i jedyna droga dla mnie” – tak śpiewali Beach Boys, jeden z najpopularniejszych amerykańskich zespołów lat 60. Co sprawiło, że pływanie na desce podbiło serca milionów ludzi na całym świecie? Można odpowiedzieć pytaniem: a jak inaczej mogły się potoczyć losy sportu, którego podstawą jest szybkość, energia, słońce i ujeżdżanie spienionych fal? Sportu, który jest kwintesencją bajkowych Hawajów?
Na początek trochę historii. Pochodzenie surfingu nie jest do końca znane, ale przyjmuje się, że narodził się on tysiące lat temu na Wyspach Polinezji, skąd ok. IV wieku n.e. dotarł na Hawaje. Pierwsze informacje o tej ekscytującej dyscyplinie można znaleźć w zapiskach znanego morskiego podróżnika i odkrywcy Jamesa Cooka, który w 1778 roku przybył na Hawaje jako pierwszy żeglarz ze Starego Kontynentu.
Znaczącą osobą w historii tej dyscypliny był urodzony na Hawajach George Freeth. Freeth był samoukiem, który od najmłodszych lat poznawał arkana tradycyjnego surfingu. W 1907 roku przeprowadził się do Kalifornii, gdzie zapoczątkował modę na nowy, emocjonujący sport, stając się mentorem dla późniejszych mistrzów deski. Swoją pasją zaraził m.in. popularnego pisarza Jacka Londona, który pływanie na desce uczynił głównym motywem dwóch swoich książek.
Począwszy od lat 20. XX wieku surfing stawał się coraz bardziej popularnym sportem, zjednując sobie coraz większą liczbę sympatyków. Dziś jest nie tylko wspaniałą sportową rozrywką, ale również stylem życia i częścią współczesnej kultury.
Czy możecie powiedzieć sobie: jesteśmy zdecydowani, surfing to nasze przeznaczenie, królowie złotych plaż, pogromcy spienionych bałwanów – to my? W takim razie przyda się wam trening, a przed treningiem – zakupy. Co, poza dobrymi chęciami, będzie nam potrzebne, by móc w pełni cieszyć się egzotycznym sportem? Naturalnie odpowiednia deska surfingowa, która od czasów jej polinezyjskich twórców przeszła parę metamorfoz. Obecnie istnieje kilka rodzajów desek, różniących się strukturą i długością. Wybieramy właściwy w zależności od naszych umiejętności oraz od warunków panujących na wodzie. Dla początkującego surfera najlepsza będzie deska typu Longboard – Malibu, lub nieco krótsza Mini – Malibu; obie wyróżniają się stabilnością, co bardzo ułatwia naukę. Właśnie tak wyglądały deski pierwszych dwudziestowiecznych surferów. Za nabytek, w zależności od tego, ile chcemy wydać pieniędzy na nasze nowe hobby, zapłacimy od ok. 500 do nawet 2500 zł.
Zaopatrzyliśmy się już w sprzęt do pływania, stroje kąpielowe czekają w pogotowiu, pozostaje nam już tylko dostać się do jakiegoś zbiornika wodnego – najlepiej dużego zbiornika wodnego, z dużymi falami… Nie rozmarzajmy się jednak, zanim wyruszymy na podbój naprawdę dużych fal, najlepiej zacząć od własnego podwórka, bo dla nowicjuszy nasz swojski Bałtyk w zupełności wystarczy.
Jeżeli jednak już jesteśmy obyci z deską i głodni ekstremalnych wrażeń chcemy zasmakować w prawdziwym surfingu, nie pozostaje nam nic innego, jak wyruszyć do kolebki tej dyscypliny – na słoneczne Hawaje! Zdecydowani na ten krok, musimy przygotować się na długą i raczej drogą podróż. Bilety lotnicze do USA, skąd najłatwiej dostać się do Honolulu, kosztują koło 2000 zł, jeżeli zdecydujemy się na tanie linie lotnicze. Całkowity koszt przelotu w dwie strony wyniesie nas około 7000 zł, do czego oczywiście należy dodać koszty pobytu. Zbyt duże obciążenie dla domowego budżetu? Skoro nie stać nas na zaatlantycką wycieczkę, możemy wybrać się do Portugalii. Kraj ten jest jednym z dziesięciu najpopularniejszych miejsc dla surferów. A zatem – jeśli macie ochotę spróbować sił na desce i poczuć ducha Hawajów czy kalifornijskich plaż, wiecie już, co robić.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Z wizytą w dzikim kraju

Meksyk jest postrzegany jako kraj dziki w swoim regionie. Czy sąsiad wysoko zaawansowanych Stanów Zjednoczonych naprawdę nie uległ „ucywilizowaniu”?

Obalmy pierwszy mit: Meksyk nie jest małym krajem. Taki jego obraz kreują przede wszystkim filmy pochodzące z USA, przedstawiające Meksyk jako wyjątkowo dużą wieś, pozbawioną jednak większych skupisk ludzkich. W państwie tym mieszka jednak aż 106 milionów ludzi, a zatem ponad dwa razy więcej niż w Polsce. Stolica natomiast – czyli miasto Meksyk – znana jest z tego, że pod względem gęstości zaludnienia znajduje się w czołówce wszystkich miast na świecie.

Już znając ten jeden fakt, obraz Meksyku jako zacisznej wsi, co jakiś czas niepokojonej przez kojoty, może ulec zmianie. I rzeczywiście – tamtejsze miasta, zwłaszcza tak duże jak np. Guadalajara, trudno odróżnić od miast europejskich. Ich mieszkańcy ubierają się tam samo jak my, jedzą to samo co my i mają takie same rozrywki, a obraz Meksykanina w dużym kapeluszu i z poncho zarzuconym na ramiona jest zupełnie nieadekwatny. Chyba, że mówimy o wsi…

Meksykańska wieś to miejsce, gdzie nadal kultywuje się dawne tradycje, a wśród strojów można odnaleźć kolorowe, słynne kostiumy. Nadal nie są to stereotypowe zestawy poncho + kapelusz – powodem jest fakt, że taki wizerunek Meksykanina stworzyli Amerykanie. Na wsi można jednak zaznać słynnej „dzikości” – czy to dzięki prostemu trybowi życia, czy dzięki krajobrazom nietkniętym ludzką ręką.

Meksyk „turystyczny” a Meksyk „dziki” to dwa inne kraje. W obu można spędzić udane wakacje, ale wycieczki egzotyczne mogą mieć miejsce tylko w jednym z nich. Niezależnie jednak od tego, czy wolisz na wczasach mieć spokój, czy raczej borykać się z kłodami rzucanymi pod nogi przez naturę, oferta wakacyjna Meksyku nie powinna cię rozczarować.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Jak wybierać się na wakacje

Aby skutecznie wyjechać na wczasy i nie zapomnieć o czymś o kluczowym znaczeniu (np. o żelazku postawionym na gaz), polecamy zapoznać się z naszym krótkim poradnikiem.

Wyprawa na wakacje w pięciu krokach:

1. Wybierz cel

To bardzo, bardzo, bardzo ważny punkt, który należy przemyśleć na lata przed wyjazdem. Przemyśleć, uzgodnić, zapisać i opieczętować. Na wypadek, gdyby kapryśna żona (lub mąż), rozmyślił się na trzy tygodnie przed wylotem. „A może jednak Meksyk zamiast Francji?” – zapyta małżonek, kiedy zapniecie ostatnią walizkę. Takich sytuacji należy unikać, dlatego tak ważne jest wczesne dokonanie wyboru.

2. Wybierz środek transportu

Tanie linie lotnicze? A może pociągi? A może własnym „maluszkiem”? To ważny dylemat, zwłaszcza że każdy ze środków transportu ma zalety i wady. W samolotach latają inni Polacy, którzy przynoszą wstydu. Pociągi jeżdżą jeżeli chcą, i jeżeli akurat nikt nie ukradł torów. A samochody? No cóż, fiatem 126 p nawet do Ciechocinka będziecie jechać przez trzy tygodnie…

3. Sporządź listę

Sporządź listę wszystkiego, czego będziesz potrzebować, a następnie wykreśl połowę z rzeczy, które się na niej znajdą. Gwarantujemy ci: nie musisz zabierać maszynki do golenia, w Sopocie również można je kupić. Poza tym musisz zrobić miejsce na kosmetyki dla żony: krem do brwi, lakier do paznokci lewej ręki, do paznokci prawej ręki, mydło na dzień, mydło na noc… To wszystko wymaga przestrzeni. I bądź pewny: każda z tych rzeczy jest absolutnie niezbędna.

4. Przygotuj plan B

Pociąg ma siedemdziesiąt godzin spóźnienia? Zawsze warto mieć zatankowany samochód. Samolot nie odleci, gdyż kondor wkręcił się w śmigła? Warto znać rozkład jazdy pociągów. Plan B to absolutnie niezbędny element każdej wyprawy – zarówno wyjazdów, jak i powrotów. Powinieneś mieć alternatywę dla każdego środka lokomocji, jakim zamierzasz się posłużyć, oraz dla każdego elementu bagażu, który zamierzasz zabrać. Jeżeli nie masz planu B, każde pechowe zrządzenie losu może okazać się katastrofą.

5. A jeżeli nie posłuchasz i dojdzie do katastrofy…

Zawsze pozostają wczasy last minute.

Opublikowano Turystyka | Skomentuj

Trudy podróży poślubnej

No i stało się. Zakończyłeś swoje życie. Jesteś mężem i wybierasz się w ostatnią podróż w życiu: podróż do piekła… To znaczy w podróż poślubną. Co zrobić, by była udana?

Podróże poślubne nie zaliczają się do zagadnień turystyki. Przynajmniej my ich nie zaliczamy – my, tzn. żonaci mężczyźni. Turystyka ma sprawiać przyjemność, a podróż poślubna to pasmo ciągłych wyzwań. To nie są wakacje, ani nawet pospieszne wczasy last minute. To nie wyjazd, podczas które największym problemem są wiecznie ginące bilety lotnicze. Podróż poślubna to WYZWANIE.

Czy jedziesz do Francji, do Meksyku, do Chin czy do Zawiercia, musisz wiedzieć, że nie jedziesz tam zwiedzać. Wieża Eiffela? Nie możesz na nią spojrzeć. Wielki Mur? Fajny widoczek, ale nie dla ciebie. Jedynym widokiem, który musisz podziwiać i komplementować, jest widok twojej żony. A jedyną rzeczą, którą musisz zrobić, jest WSZYSTKO – wszystko, czego zapragnie twoja żona.

Jeżeli lubisz w podróży smakować lokalnej kuchni… Nadal możesz to robić. Ale nawet jeżeli smakuje ci ciasto, które właśnie pochłaniasz, ale twoja małżonka kręci na nie nosem – twoim obowiązkiem jest skarcić kucharza. Choćbyś miał zrobić to z ciężkim sercem – on zawiódł twoją żonę!

Nie ukrywamy: to będzie najtrudniejsza podróż w twoim życiu. Ale jeżeli ta wiedza cię przeraża czy odrzuca, jeżeli masz wątpliwości co do tego, czy chcesz na tę wycieczkę wyjeżdżać – najpierw powinieneś się zastanowić, czy w ogóle chcesz brać ślub, bo chyba nie zrozumiałeś idei.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Tańczący dom

Obok niezliczonych sakralnych bądź świeckich, z pewnością wiekowych i głęboko historycznych zabytków Pragi, w czasie zwiedzania stolicy Czech napotkamy także na przejaw architektury współczesnej, awangardowej, cieszącej oko i pozornie przeczącej prawom grawitacji. Jednym z takich obiektów jest tzw. „Tańczący dom” – Tančící dům – znany również jako Ginger i Fred – od sławnej tancerki Ginger Rogers i jej partnera Freda Astaire’a (i filmu Federico Felliniego o parze tancerzy).

„Tańczący dom” został postawiony w 1996 roku w dzielnicy Nové Město położonej na prawym brzegu Wełtawy. Geneza jego nazwy jest bardzo prosta – swoim wyglądem sprawia wrażenie tańczącego człowieka. A właściwie tańczącej pary – kobiety obejmowanej przez mężczyznę. Reprezentuje on styl architektoniczny zwany dekonstruktywizmem, kontynuuje więc „tradycję” postmodernistyczną. Cechą charakterystyczną tego stylu jest wykorzystanie dużych ilości krzywych, zaburzających typową bryłę budynków. Taki też jest „Tańczący dom”, który wygląda jakby zamiast z cegieł, szkła i metalu zbudowany został z plasteliny i wymodelowany wedle wyobraźni i fanaberii jego twórcy.

Wbrew pozorom jednak nie razi on swoją innością i osobliwością w porównaniu z pozostałymi budynkami tej części Pragi, z czasów secesji, neobaroku i neogotyku. Wykonany nowocześnie, ale z właściwym profesjonalistom wyczuciem smaku, subtelnie wtapia się w starsze od siebie tło. Dzięki temu nie niszczy krajobrazu, a wręcz wzbogaca go i powoli staje się rozpoznawalnym symbolem Novégo Města.

Profesjonalistami, którzy stworzyli to osobliwe i piękne dzieło, są architekci Vlado Milunića i Frank Gehry. Milunić jest architektem chorwackiego pochodzenia, a Frank Gehry, a właściwie Ephraim Goldberg to amerykański architekt pochodzenia kanadyjsko-żydowskiego, laureat Pritzkera – prestiżowej nagrody dla architektów z 1989 roku. Do jego dzieł należą też wieżowiec Gehry-Tower w Hanowerze, futurystyczne Muzeum Guggenheima w Bilbao czy centrum mediów Neue Zollhof w Düsseldorfie. Gehry chciał podobno stworzyć podobny obiekt w Warszawie, jednak obawy o śmiałe wizje architekta ówczesnych władz, nie pozwoliły mu na zrealizowanie tego projektu.

Budowę „Tańczącego domu” rozpoczęto w 1994 roku i ukończono dwa lata później. W tych czasach wygląd budynku budził wiele kontrowersji. Ówczesny prezydent Czech, Vaclav Havel, marzył by dom stał się miejscem ekspansji kultury. Te plany nie zostały zrealizowane. W chwili obecnej na szczycie budynku znajduje się francuska restauracja z zachwycającym widokiem na miasto, a wewnątrz niego kilka biur różnych firm.

Gdy opadły emocje i ucichły głosy dyskusji na temat nowego tworu na praskich ulicach, gdy Ginger i Fred wtopił się w krajobraz nowej dzielnicy, Czeski Bank Narodowy wybił złote monety z jego „wizerunkiem”.

„Tańczący dom” znajduje się na rogu bulwaru Rasinovo i ulicy Resslova, niedaleko stacji metra. To jedno z ruchliwszych miejsc w tej części miasta dlatego podobno cyrkulacja powietrza nie sprzyja długiemu przebywaniu wewnątrz budynku. Można go za to podziwiać z jednego z wielu hoteli okolicznej bazy turystycznej. Nieważne tak naprawdę co jest wewnątrz domu. Najważniejszy jest jego zewnętrzny wygląd, któremu warto się przyjrzeć, by uświadomić sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Zwiedzając zabytki Pragi warto zatrzymać się na tani nocleg. Hotele w Pradze oferują dla swoich klientów atrakcyjne ceny noclegów i niepowtarzalny klimat oraz miejscową kuchnie.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , | Skomentuj

Parque de El Capricho

Park Kaprysów oraz otaczająca go strefa zielona położone są w pobliżu wytyczonej pięknymi drzewami Alameda de Osuna, w dzielnicy Baraja, w północnej części Madrytu. Projekt utworzenia tu parku złożyła księżna Osuny, a jego wykonanie datuje się na lata 1787 – 1839. Ostatecznie park objął teren 14 hektarów. [Ogród położony jest w lubianej i często odwiedzanej przez turystów dzielnicy, gdzie znaleźć możemy wiele tanich hotelów oraz baz noclegowych a także miłych restauracji i kawiarni.]

Nazywany jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych parków Madrytu. W jego narożnikach utworzono tematyczne zakątki. Kamienne monumenty przypominające pozostałości po starożytnych świątyniach. Nazwane one zostały placami: Kaprysów (El Capricho), Pałacu (el Palacio), Stawów (el Estanque) oraz Plac Cesarski (la plaza de los Emperadores). Znaleźć możemy także piękne fontanny – Delfinów (los Delfines) i Żab (las Ranas).

Park odzwierciedla różnorodne style wpływów artystycznych projektantów z Anglii, Francji oraz Włoch. Tutaj znajdziemy także jedyny ogród romantyczny w całym Madrycie, w którym mieści się labirynt krzewów, pałacyk i mała kaplica oraz piękna sala balowa, przy której znajdują się sadzawki często odwiedzane przez łabędzie i kaczki.

Małżeństwo Maríi Josefy Pimentel z księciem Osuny – Pedro Téllez-Girón przypieczętowało jej wysoką pozycję społeczną oraz otworzyło nowe drzwi na jej artystyczne i kulturalne idee. W 1783 roku wpływowa para wykupiła ziemie pod Madrytem, aby utworzyć tu tereny rekreacyjne. W rok później architekt królewski, Pablo Boutelou, przedstawił wstępny projekt ogrodu. Obecne tu także francuskie akcenty zawdzięczamy architektowi przysłanemu wprost z francuskiego dworu – Jean-Baptiste Mulot. Budowę rozpoczęto w 1787 roku, jednak inicjatorzy wspaniałego projektu nigdy nie zobaczyli jego wyników, gdyż zmarli w 1834 roku. Prace na terenie oficjalnie zostały ukończone w pięć lat później.

Księżna postulowała utworzenie sadzawek (stawów), które podążając za głównym kanałem wodnym łączyłyby go z salą balową, gdzie niejednokrotnie odbywały się wspaniałe uroczystości i gromadziła się arystokracja. Budynek ustawiono na niewielkim podwyższeniu, z którego przyziemnej jamy groźnie wygląda kamienny dzik, uważnie obserwując gości. Nie brakuje tu także tysięcy lilii, które były ulubionymi kwiatami księżnej.

W 1808 roku Hiszpanię zalała fala francuska, a generał Agustín Belliard postanowił zaadaptować park na użytek rozrywek swojego wojska, co wiązało się z niemal całkowitym jego zdemolowaniem. Po powrocie rodziny książęcej do władzy nad terenami Osuny przywrócili oni dawny wygląd i charakter tego miejsca, w czym niewątpliwie pomógł architekt Martín López Aguado. Wówczas powstały także cztery kolumny, swoją ornamentyką nawiązujące do symboliki czterech pór roku.

Po śmierci Księcia i Księżnej władzę nad Osuną oraz parkiem przejął ich wnuk, Pedro Alcántara, który zlecił Aguado projekt specjalnego miejsca, które upamiętniałoby pamięć jego babki. W 1844 pieczę nad parkiem przejął brat Pedra, który ostatecznie zakończył proces twórczy ogrodu. Podczas Wojny Domowej utworzono tu specjalne korytarze podziemne, w których chronili się żołnierze pod dowództwem generała Miaja.

Władze Madrytu wykupiły park z przyległościami w roku 1974 i w ponad 10 lat później ogłosiły go jednym z najważniejszych zabytków kulturalnych miasta.

Zwiedzając zabytki Madrytu warto zatrzymać się na tani nocleg. Hotele w Madrycie oferują dla swoich klientów atrakcyjne ceny noclegów i niepowtarzalny klimat oraz miejscową kuchnie.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , | Skomentuj

Barcelona: Kościół i klasztor Sant Pau del Camp

Kościół św. Pawła na Polach

Nazwa wzięła się od położenia kompleksu. Wybudowany on został poza murami Barcelony i wówczas nie wchodził pod jej protekcję. Z pierwszych przekazów historycznych wnioskować możemy, iż klasztor stał w prawdziwym polu, czy też na większej łące, nie otaczały go i nie kryły inne budynki. Obecnie klasztor św. Pawła na Polach znajduje się przy ulicy św. Pawła, w dzielnicy El Raval, w której odnaleźć możemy ślady średniowiecznych murów miasta.

Benedyktyński klasztor, wybudowany w stylu romańskim, o ciężkiej, niemal warownej sylwetce, powstał najprawdopodobniej na przełomie wieków IX i X. Wniosek taki nasuwa data najstarszego znajdującego się tu grobowca, należącego do Wifredo II Borrell, który zmarł w 911 roku. Wifredo był jednym z bardziej znaczących magnatów Barcelony w owych czasach, sprawował także pieczę nad okręgiem Cerdagne Valley, do którego przynależała benedyktyńska twierdza. Istnieją także przekazy, dzięki którym wiemy, iż był najprawdopodobniej jedynym hrabią barcelońskim, który w średniowieczu samodzielnie zainicjował prace renowacyjne budynku sakralnego.

Od końca X w. klasztor stał się częstym obiektem grabieży, ze względu na swe dalekie położenie od miasta i brak jakiegokolwiek systemu obronnego. W 985 roku zjawili się tu hiszpańscy muzułmanie pod wodzą Al-Mansur Ibn Abi Aamir, zwanego Almanzorem. Posiadłość została wówczas niemal doszczętnie zniszczona, a Benedyktyni zostali zmuszeni do jej opuszczenia. Od tego momentu kompleks już nie wrócił do statusu dużego klasztoru, siedziby bractwa, ale stał się zwykłym kościołem, którego patronem miał być św. Paweł.

Nowa grupa zakonna sprowadziła się tu dopiero w 1096 roku, pracując nad odbudową i renowacją kościoła, niestety w 1114 roku świątynia znów stała się celem grabieży. Tym razem przy odbudowie pomogło małżeństwo Guibert’a i Rotlandy Guitard, a kościół zyskał miano domu zakonnego (priorato) i równocześnie wszedł niejako w skład opactwa benedyktyńskiego Sant Cugat.

Sant Pau del Camp doczekało się wreszcie wciągnięcia w obręb murów miasta w XIV wieku. Stopniowo świątynia zyskiwała coraz większą popularność i szacunek (zwłaszcza w wieku XVII), by w 1835 zostać niespodziewanie zdegradowana. Po desekularyzacji mnisi ostatecznie opuścili budowlę.

Od tego momentu dawny klasztor stał się terenem spornym, wykorzystywanym na różne sposoby. W 1842 niektóre pomieszczenia wykorzystywano w celach szkolnych, a w latach 1855 – 1890 stacjonował tu sztab wojskowy. W 1879 roku uznano Sant Pau del Camp za Narodowy Pomnik Kultury, dzięki czemu zwrócono uwagę na jego faktyczny stan i poddano kolejnej renowacji (inicjatywa Víctor Balaguer). Podczas II Wojny Światowej chronili się tu partyzanci a niedaleko toczyły się bitwy, przez co romański kościół uległ kolejnemu zniszczeniu. Od dłuższego czasu obiekt jest ściśle chroniony przez kulturalne władze Barcelony i poddawany stałym zabiegom renowacyjnym.

Budynek Klasztorny pochodzi najprawdopodobniej z wieku XIII. Jest to niewielka budowla, posiadająca cztery łukowate wejścia wykończone kolumnami, które zdobią ornamenty zwierzęce i roślinne. Budynek otoczony jest ogrodem, w którym na przełomie XIII i XIV wieku powstał mały dom dla opata. Sam kościół z kolei bazuje na kształcie greckiego krzyża. Posiada zatem trzy absydy, a miejsce przecięcia się nawy głównej i transeptu wieńczy kopuła. Portal obramowują dwie potężne kolumny, wykończone wizygockimi ornamentami wykutymi w marmurze, natomiast w tympanonie widnieje płaskorzeźba przedstawiająca Jezusa Chrystusa w towarzystwie świętych – Piotra i Pawła. Nad nim natomiast znajdują się płaskorzeźby przedstawiające zwierzęce atrybuty czterech Ewangelistów (Anioł, Orzeł, Lew i Byk) oraz Rękę Boską w geście błogosławieństwa. Pod tympanonem widnieją imiona Piotra i Pawła rozdzielone umieszczonym w okręgu greckim krzyżem z literami Alfy i Omegi – symbol ten oznaczał zaproszenie przez Boga do wiecznego szczęścia, jakie miało być odnalezione w świątyni.

Zwiedzając zabytki Barcelony warto zatrzymać się na tani nocleg. Hotele w Barcelonie oferują dla swoich klientów atrakcyjne ceny noclegów i niepowtarzalny klimat oraz miejscową kuchnie.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , | Skomentuj

Lizbona: Klasztor Karmelitów (Convento da Ordem do Carmo)

Klasztor Karmelitów (port: Convento da Ordem do Carmo) to obecnie bardziej pomnik, wspomnienie po istniejącym tu niegdyś kompleksie klasztornym, który uległ zniszczeniu podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1755 roku. Ruiny kościoła (Igreja do Carmo) stanowią zatem wciąż żywy ślad po osiemnastowiecznym kataklizmie i jego skutkach.

Ruiny znajdują się w Chiado, w pobliżu dzielnicy Biarro Alta, ponad placem Rossio a naprzeciwko Wzgórza Zamkowego. Od frontu położony jest cichy Plac Karmelitański, a w niedalekiej odległości – Winda (Wieża) Santa Justa. Obecnie miejsce to nie służy kultowi chrześcijańskiemu, ale jako muzeum archeologiczne (Museu Arqueológico do Carmo) i miejsce częstych odwiedzin turystów.

Zakon Karmelitów sprowadził się tu w drugiej połowie XIV w. (1389 r.) dzięki staraniom portugalskiego rycerza i konstabla portugalskiego – Nuno Álvares Perei. Prowadził on wojska króla Jana I w bitwie pod Aljubarrota (1385) i przyczynił się tym samym do osiągnięcia niepodległości Portugalii i wyzwolenia spod władzy armii kastylijskiej.

Początkowo w klasztorze tym mieszkali i pracowali mnisi z Moura, z południowej Portugalii. W 1404 r. Nuno Álvares powierzył w tym miejscu swoje zdrowie i dobytek Bogu, by w dziewiętnaście lat później – stać się karmelitańskim zakonnikiem.

Kompleks karmelitański powstawał stopniowo w latach 1389 – 1423 w typowym stylu gotyckich budowli tego typu. Widać tu także nawiązania do świątyni w Bathala, ufundowanej przez króla Jana I, powstałej w tym samym okresie. Żaden jednak kościół, jak twierdzą źródła, ani inna budowla religijna nie mogła się równać z tą pięknie dekorowaną świątynią. Kościół powstał na łacińskim planie krzyża. Fasada upiększona została motywami roślinnymi oraz antropomorficznymi, znajdowało się tu także typowe okno rozetowe, które uległo jednak częściowemu zniszczeniu. Południową część odciąża pięć kolumn, dodanych po renowacji w 1399 r., odnaleźć możemy także noe-gotyckie elementy dodane już w XX w. Konstrukcja jest trójnawowa, a w absydzie znajduje się kaplica główna oraz cztery boczne. Kamienny dach nie przetrwał niestety trzęsienia – zachowały się jedynie żebrowania pomiędzy filarami.

Wspomniane już trzęsienie ziemi nie tylko pochłonęło budynki klasztorne, ale także prawie całą jego historię. Zniszczona została wielka karmelitańska biblioteka (ponad 5000 ksiąg), a po przebudowie – miejsce to stało się kwaterą wojskową. Kościół nigdy nie został w pełni ani odbudowany, ani tym bardziej odrestaurowany. Dopiero w 1864 r. miejscem tym zainteresował się Związek Portugalskich Archeologów i po trudnych sporach – przeobraził je w muzeum. W XX w., podczas Rewolucji Goździków, osiadł tu prezydent Estado Novo – Marcelo Caetano, oraz jego wojskowi podwładni. Przez długi czas Klasztor był wykorzystywany także przez Guarda Republicana.

Nawa główna (z szeregiem mogił, otworów, z których kiedyś wypływała woda, i okien) i absyda stanowią dziś rodzaj małego muzeum archeologicznego, w którym znalazły się szczątki średniowiecznej historii Portugalii. Dzięki zebranym tu różnorodnym elementom, zobaczyć możemy przegląd stylów i trendów architektonicznych jakie przetoczyły się w ciągu wieków przez ten kraj. W kaplicach zorganizowano także różne historyczne wystawy (n.p. ekspozycja na temat dawnych fortyfikacji niedaleko Azambuja z 3500–1500 p.n.e.).

Wśród gotyckich grobowców znajdziemy te należące do Fernão Sanches („złego” syna króla Dinisa I; pocz. XIV w.), króla Ferdynanda I (II. poł. XIV w.). Także pomnik nieodszyfrowanego władcy z XII w. (Afonso Henriques?) oraz hiszpańsko – mauretańskie i rzymskie czy wizygockie elementy zasługują na szczególną uwagę.

Zwiedzając zabytki Lizbony warto zatrzymać się na tani nocleg. Hotele w Lizbonie oferują dla swoich klientów atrakcyjne ceny noclegów i niepowtarzalny klimat oraz miejscową kuchnie.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , | Skomentuj

Katedra Chrystusa w Dublinie

Nazwa Christ Church jest raczej nazwą potoczną, a spotkać się też możemy z określeniem The Cathedral of the Holy Trinity (Katedra Świętej Trójcy). Pełna jej nazwa natomiast brzmi Cathedral of the United Dioceses of Dublin and Glendalough and Metropolitical Cathedral of the United Provinces of Dublin and Cashel (Katedra Zjednoczonych Diecezji Dublina i Glendalough oraz Metropolitalna Katedra Zjednoczonych Prowincji Dublina i Cashel).

Dublin jest niezwykłym miastem pod względem ilości katedr. Zazwyczaj status katedry przyznaje się jednej świątyni, tu mamy ich aż dwie, z czego Katedra Chrystusowa jest starsza. Katedra św. Patryka jest nazywana natomiast Katedrą Narodową, ponadto posiada status kolegiaty. Ze względu na częste spory oraz nieporozumienia pomiędzy zwolennikami „starej” i „nowej” katedry w 1300 roku ustanowiono sześciopunktowy dekret, na mocy którego przyznawano starszeństwo Kościołowi Chrystusa, tutaj także mieli być mianowani nowi Arcybiskupi i odbywać się miały ważne uroczystości. Historia pokazuje, że dekret nie zawsze był przestrzegany.

Kościół Chrystusa położony jest przy Dame Street (jednej z najruchliwszych, obok Grafton Street i O’Connell Street, ulic Dublina, przy której znajduje się także słynne Trinity College), tuż przy wlocie do Patrick Street, niedaleko rzeki Liffey, oraz tanich hoteli i baz turystycznych. Ze względu na liczne przebudowy, zwłaszcza w czasach wiktoriańskich, trudno nam dziś określić na ile kościół zachował kształt średniowieczny. Budowla stanowi zatem niezwykłe połączenie elementów gotyckich z późniejszymi.
W Katedrze znajduje się słynny grobowiec (nie oryginalny, lecz odbudowany) średniowiecznego normandzko-walijskiego rycerza i arystokraty, Strongbowa, który przybył do Irlandii na rozkaz króla MacMorrougha, co zapoczątkowało angielskie panowanie w Irlandii. Na ścianie przy chórze znajduje się słynny zabytek zmumifikowanego kota z myszą, które utknęły za organami, a zachowały się zapewne dzięki bardzo suchemu powietrzu w katedrze.
Krypta kościelna jest największą tego rodzaju w całej Irlandii i Brytanii, a powstała w latach 1172-1173, zwiedzający mogą ją podziwiać dopiero od roku 2000, kiedy to została odnowiona. Znajdują się tu najstarsze w Irlandii rzeźby, tabernakulum, komplet świeczników liturgicznych (które używane były podczas krótkiego okresu panowania w katedrze rytu rzymskiego), a także księgi i naczynia liturgiczne.
Za ołtarzem położony jest kapitularz, który zawiera także biura katedralne, rozmównice oraz wiele innych pomieszczeń. Na zachód od katedry znajduje się kamienny most, który prowadził do Domu Synodu, który zbudowany został na fundamentach innego, dużo starszego kościoła (św. Michała). Obecnie budynek ten stanowi siedzibę wystawy Dublinia, poświęconej staremu Dublinowi.

Wiemy, że od 1038 roku Kościół Chrystusowy posiadał jeden dzwon, w 1440 roku znajdujemy wzmiankę już o trzech wielkich dzwonach umieszczonych na wieży. Nieszczęśliwy wypadek sprawił, że w 1603 roku wystrzał z pobliskiego magazynu prochu zniszczył wieżę, z którą runęły i rozbiły się także dzwony. Ucierpiał wówczas także pobliski kościół św. Audoena. W 1670 roku wieża już dumnie stała, zaopatrzona w sześć nowych dzwonów spiżowych. Ich liczba stopniowo wzrosła do dwunastu pod koniec XIX w. W 1999 roku ilość dzwonów w Katedrze pobiła światowy rekord – znajduje się tu obecnie 19 ogromnych dzwonów, wszystkie wciąż używane. Ilość ta nie daje jednak pełnej skali diatonicznej. Dzwonnikami katedralnymi są honorowo mianowani Mistrz Dzwonniczy oraz Mistrz Wieży.

Katedra nie jest wspierana finansowo przez państwo. Można ją zwiedzać, łącząc bilet z pobliskim muzeum Dublinia, a także wesprzeć dobrowolnymi datkami. W godzinach zwiedzania otwarta jest specjalna kaplica dla tych, którzy chcą wyciszyć się w modlitwie. W otwartym sklepiku z pamiątkami można kupić także płyty z nagraniami dokonanymi w Katedrze oraz przez tutejsze chóry i inne grupy muzyczne, oraz książki naukowe i historyczne, związane z tym miejscem.

Zwiedzając zabytki Dublina warto zatrzymać się na tani nocleg. Hotele w Dublinie oferują dla swoich klientów atrakcyjne ceny noclegów i niepowtarzalny klimat oraz miejscową kuchnię.

Opublikowano Turystyka | Otagowano , , | Skomentuj